Włodzimierz Kaczanowski “Michał”

kaczanŻandarmi nadeszli z dwóch stron, od ulic Słowackiego i Krasińskiego, kierując się wprost na kotłownię gdzie, jak im doniósł jakiś konfident, miała się zbierać grupa młodych ludzi. Szli długimi kolumienkami, rozciągniętymi pojedynczo pod ścianami domów. Wielkie, stalowe hełmy rzucały na ściany szare cienie, a gdzieś od Stołecznej nadjeżdżał za nimi czołg. Gdy pierwsi żandarmi znaleźli się na wysokości kotłowni, z jej okien padły strzały. Pobierający broń żołnierze OW PPS i SOB nie dali się zaskoczyć. Ale salwy polskich pistoletów utonęły od razu w warkocie żandarmskich automatów. Czołg, który wyjechał zza zakrętu, nagle się zatrzymał. Stalowa wieża obróciła się trochę w lewo i działo błysnęło ogniem. Na ostrzeliwujących się z kotłowni socjalistów poleciały cegły, płaty tynku i resztki szyb. Następne pociski wybiły dziury w ścianach budynku. W kotłowni byli już pierwsi ranni. Komendant główny SOB, Włodzimierz Kaczanowski, widząc, że kotłownia stanie się za chwilę wspólnym grobem zamkniętych w niej żołnierzy, postanowił urządzić wypad i przebić się na Marymont. Tam, w ogródkach, laskach i na skarpach, komendant „Michał” miał nadzieję zgubić pogoń i w ten sposób ocalić znajdujące się na ulicy Suzina oddziały.

Na dany znak żołnierze SOB i OW PPS wyskoczyli z kotłowni i pobiegli w stronę ulicy Słowackiego. Wypad zaskoczył żandarmów i powstańcy bez strat osiągnęli róg ulic Suzina i Sierpeckiej, gdzie wokół stanowiska działa przeciwlotniczego wybuchła krótka, gwałtowna walka. Rzucone przez żołnierzy SOB granaty ręczne zlikwidowały niemieckich artylerzystów, ale z głębi ulicy Suzina szedł już gęsty ogień broni maszynowej. Osłaniani przez czołg żandarmi ruszyli za powstańcami.

Ponosząc ciężkie straty, Polacy przebijali się w stronę Marymontu. Po przejściu ulicy Słowackiego wyszli na odsłoniętą skarpę rozciągającą się wówczas nad placem Lelewela. I tam właśnie uderzył w nich, z kilku stron, ogień ciężkich karabinów maszynowych. Oddziały polskie poniosły wtedy dotkliwe straty, a między innymi poległ Włodzimierz Kaczanowski”.

Tak w książce „Żołnierze trzech strzał” Wojciech Sulewski opisuje ostatnie chwile 32-letniego porucznika „Michała”, komendanta Socjalistycznej Organizacji Bojowej, jednej z wielu formacji jakie w trakcie powstania warszawskiego stawiały bohaterski opór niemieckiemu okupantowi.

Ostatnie chwile Kaczanowskiego były jednocześnie pierwszymi chwilami powstania. Komendant SOB-u poległ, nim jeszcze wybiła godzina „W”.

* * *

Kaczanowski pochodził ze Lwowa. Wraz z ojcem Mieczysławem, urzędnikiem pocztowym, i matką Zofią przeniósł się do Warszawy tuż po odzyskaniu niepodległości w roku 1918. Od wczesnej młodości związał się z ruchem lewicowym. Wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej, a także do związanego z nią Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej. Szybko zdobywał uznanie wśród współpracowników i w roku 1936 został przewodniczącym ZNMS-u.

Nie były to łatwe i spokojne czasy, jak to się czasami z perspektywy lat może dzisiaj wydawać. Rządząca sanacja konsekwentnie prowadziła Polskę w kierunku ustroju autorytarnego. Zraziła do siebie wielu spośród tych, którzy poparli Piłsudskiego w dniach przewrotu majowego. Szczególnie socjaliści czuli, że zawiedzione zostały ich nadzieje na budowę państwa nie tylko demokratycznego, ale i społecznie sprawiedliwego. Polska Partia Socjalistyczna, z której wywodził się przecież sam Piłsudski, szybko przeszła do opozycji wobec nowej władzy. PPS-owcy musieli stawiać czoła cenzurze, naruszaniu wolności zgromadzeń, czy policyjnym represjom. Również i Kaczanowski trafił na kilka tygodni za kraty. W roku 1938 sanacyjne władze rozwiązały też kierowany przez niego ZNMS.

W latach międzywojennych Kaczanowski ukończył szkołę podchorążych rezerwy w Zegrzu i uzyskał stopień plutonowego. Zmobilizowany w roku 1939, we wrześniu trafił na Wołyniu do sowieckiej niewoli. Drogą wymiany jeńców przekazano go po kilku tygodniach w ręce Niemców. Z obozu jenieckiego wyszedł latem 1940 roku.

I natychmiast włączył się do pracy w podziemiu. Głębokie konflikty, jakie toczyły międzywojenną Polskę, sprawiły, że trudno było o jedność w walce z wrogiem. Powstało wiele różnorodnych organizacji konspiracyjnych, które dopiero potem łączyły się pod wspólnymi sztandarami. Kaczanowski należał do tzw. Polskich Socjalistów, skupiających część działaczy dawnej PPS. W roku 1941 podjął współpracę ze Związkiem Walki Zbrojnej, a następnie z Armią Krajową. Przeszedł szkolenie z dywersji i sabotażu, a od wiosny 1942 roku brał osobisty udział w akcjach wymierzonych przeciwko okupantowi. Na jego koncie jest między innymi zniszczenie niemieckich warsztatów samochodowych przy ul. Dobrej w Warszawie.

Wielokrotnie uciekał śmierci spod topora. Pewnej nocy, jesienią 1942 roku, gestapo wpadło do domu jego matki na Żoliborzu, gdzie Kaczanowski akurat nocował. Cudem ukrył się niezauważony za uchylonymi drzwiami, przez które wchodzili Niemcy. Wyczekał, aż wejdą do pokoi, wyskoczył z domu i uciekł ubrany tak, jak stał, przez ogródki do sąsiadów. Innym razem, w ostatniej chwili zorientował się, że lokal w którym miało odbyć się jedno z konspiracyjnych spotkań, został zdemaskowany i że siedzą w nim ukryci gestapowcy. Ryzykując życiem, stanął w pobliżu drzwi i kolejno zawracał przychodzących na spotkanie. Dzięki jego odwadze, żaden z konspiratorów nie dostał się wówczas w ręce Niemców.

Wiosną 1943 roku Kaczanowski związał się z największą podziemną organizacją socjalistyczną, a więc z „Wolność-Równość-Niepodległość” (WRN), kierowaną przez Kazimierza Pużaka. Wspólnie ze swoim przyjacielem, Leszkiem Raabe, a także innymi towarzyszami, których znał jeszcze z przedwojennego ZNMS-u, założył wówczas Socjalistyczną Organizację Bojową. Formacja ta wzorować się miał na Schutzbundzie, organizacji paramilitarnej stworzonej przez austriackich socjalistów, która zasłynęła bohaterskim oporem przeciwko ofensywie skrajnej prawicy w okresie międzywojennym. Na swój znak SOB wybrał trzy strzały – międzynarodowy symbol walki z faszyzmem.

Socjalistyczna Organizacja Bojowa, choć niewielka liczebnie, bo ledwie kilkusetosobowa, to od razu rozpoczęła akcję bojową na dużą skalę. Rozpoczęło się wysadzanie pociągów, niszczenie składów materiałowych, palenie obiektów niemieckich, likwidowanie gestapowców i szpiclów, zbrojne starcia z oddziałami niemieckimi. Formalnie podporządkowany Armii Krajowej, oddział zachował jednak dużą niezależność.

Jak wspominali po wojnie żołnierze SOB-u, w organizacji udało się wytworzyć atmosferę braterstwa broni, dalekiego od jakichkolwiek rozgrywek personalnych. „Poczucie wspólnej walki zbrojnej z faszystowskim okupantem wiązało ze sobą nierozerwalnie ludzi, którzy bez patosu i niepotrzebnych słów wypełniali swoje obowiązki” – wspominał jeden z nich, Maciej Weber.

Gdy pod koniec roku 1943, w niejasnych okolicznościach zaginął Leszek Raabe, to Kaczanowski właśnie został komendantem głównym Socjalistycznej Organizacji Bojowej. Surowy, szorstki w obyciu i nieprzystępny, cieszył się jednak powszechnym szacunkiem i autorytetem. Jak pisał Weber „za szorstką powierzchownością kryło się złote serce. Nikt tak jak on nie potrafił dbać o swoich podwładnych w konspiracji, nikt tak nie troszczył się, byśmy wszyscy czuli się jak jedna wielka rodzina”.

Juliusz Saloni wspomina, że ostatnią noc przed wybuchem powstania spędził Kaczanowski ze swoimi współtowarzyszami w blokach Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Żoliborzu, czuwając z głową na chlebaku i z pistoletem pod ręką, wyczekując hasła do rozpoczęcia walki. „Nazajutrz rozmawiałem z Włodkiem o ostatnich wypadkach w Warszawie, o Armii Czerwonej między Wisłą a Bugiem, o szansach powstania, miny mieliśmy niewesołe”.

1 sierpnia 1944 roku, około godziny 13.30, Kaczanowski dotarł do kotłowni WSM przy ulicy Suzina. Wspólnie z dwiema kompaniami Oddziałów Wojskowych PPS i 30-osobowa grupą własnych żołnierzy z Socjalistycznej Organizacji Bojowej, odbierał broń z zakonspirowanego tam magazynu. Wtedy właśnie nadeszli Niemcy…

Komendant „Michał” został pośmiertnie awansowany do stopnia majora. 19 czerwca 1947 roku wdowa po Włodzimierzu, Jadwiga Kaczanowska, odebrała w jego imieniu Krzyż Virtuti Militari.

 

Przemysław Kmieciak
Tekst ukazał się na ulotce z okazji 74 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s